O spektaklu BARABASZ Wystawienie "Barabasza" to (..) bardzo interesująca propozycja rozmowy o życiu wg chrześcijańskich reguł. Rozmowa pełna wątpliwości, rozterek, zbudowana na samych prawie niewiadomych. Tytułowa postać to w wielu punktach portret współczesnego człowieka.(...) To właściwie antymisterium, bo aktorzy co chwila wychodzą z ról, sami zmieniają dekoracje w trakcie przedstawienia....Nie ukrywają, że są aktorami, że tylko odgrywają tę historię. Spektakl balansuje na granicy opowiadania i uczestniczenia w wydarzeniach. Michał Mizera, Rozmowa o życiu, Puls Biznesu nr 169, 29/31.08.2008 "Barabasz" według Andrzeja Dziuka ( w tytułowej roli poruszający Krzysztof Najbor) jest jednym wielkim pytaniem o sens istnienia, propozycją dialogu skupionego wokół istoty rzeczywistości, w której odbywa się wędrówka bohatera. To wypełniona medytacją opowieść o biblijnym zbrodniarzu, niezdolnym usunąć z pamięci Człowieka, który umarł zamiast niego - a raczej za niego-na krzyżu w imię przykazania miłości. (...) Spektakl to ciąg scen rozgrywanych w ograniczonej przestrzeni, kształtowanej przez aktorów przy użyciu niewielkiej ilości rekwizytów. Bohater spotyka na swojej drodze wyznawców religii będącej dlań nowym, fascynującym, aczkolwiek niepojętym wyzwaniem.(...) Dużo wątpliwości i sporo pytań czeka na każdego, kto zdecyduje się zanurzyć w "metafizyczna głębię" najnowszej inscenizacji zakopiańskiego teatru. Każdy obraz tego przedstawienia to osobna metafora, zachęcająca widza do intelektualnej konfrontacji, wręcz medytacji nad własnymi problemami ontologicznymi. Sprzyja temu muzyczna oprawa spektaklu autorstwa Pawła Steczkowskiego i wysmakowana scenografia Rafała Zawistowskiego. Wojciech Lipowski, Ostatni ze wszystkich, "Tygodnik Powszechny" 6-10.02.2008 r. W "Barabaszu" mamy grę światła i ciemności. Trzy kolory: biel, czerń i czerwień. Metalowe ruchome rusztowania, jakby blejtramy do malowania kolejnych scen, sukno, drewno i dym. Spektakl otwierają ąuasi-religijne śpiewy, jakaś grupa postaci ubranych na biało stoi w kręgu, przywołując prawdę i moc. Ale już za chwilę celebranci zbudują z rekwizytów przestrzeń do pierwszej sceny. Dziuk opiera swoje przedstawienie na zderzeniu rytuału z demaskowaną co chwila iluzją. Nie chce robić ani widowiska religijnego, ani na siłę racjonalizować opowieści Lagerkvista. Bohaterem spektaklu jest judejski bandyta, morderca i zaprzaniec uwolniony w dzień Paschy zamiast Jezusa. Barabasz, który jak śpiewał Kaczmarski, jeszcze nie wierzy, że ocalał". Dziuk pokazuje jego pierwsze dni po uwolnieniu w Jerozolimie, lata niewolniczej pracy w kopalni, wyrównywanie rachunków z chrześcijaństwem. I nie szuka raczej odpowiedzi na pytanie o los bohatera, ile trwoży się o Boży zamysł. Jaka była rola tego człowieka w planie zbawienia? Czyjego ocalenie było przypadkiem, a może coś znaczyło, na coś wskazywało? W najbardziej wstrząsającej scenie w utworze Lagerkvista Barabasz Krzysztofa Najbora rozmawia z trupem o tamtym świecie. Wskrzeszony przez Jezusa Łazarz (Andrzej Bienias) leży w trumnie, w chacie pogrążonej w ciemnościach, jego żona (Adrianna Jerzmanowska) ostrzy nie wiadomo po co noże na kamiennej szlifierce. Bohater pyta, jak tam jest. A wskrzeszony odpowiada: "Królestwo śmierci istnieje, ale jest niczym". Nie wędrował po żadnych zaświatach, rajach i piekłach. Po prostu umarł. Tam nic nie ma. Najbor gra człowieka, który nie dorósł ani do ofiary z siebie, ani nawet do świadomości, że ktoś może umrzeć za niego. Jest właścicielem swego ciała, nosicielem głodu, bólu i pragnienia. A poza nim są jeszcze inni ludzie, którym można wyrządzić dobro lub zło, można im współczuć albo nienawidzić. Półnagi, z przepaską na biodrach, przypomina nieudaną kopię Chrystusa, który zszedł z krzyża. Nie będzie z niego materiału na apostoła ani na męczennika. Z taką samą męczarnią dźwiga ciężki wojskowy szynel co szary więzienny drelich. Wie, że trzeba wierzyć, wie, że Bóg jest, umarł i zmartwychwstał, ale i tak nie wierzy. Nie umie. Jest w nim niewątpliwie dobro rozcieńczone słabością i pustką, z której nie wykrzesze się ani grama religijnego żaru. To człowiek, który przypadkiem był za blisko Boga i spalił się w jego ogniu, pozostając zimnym do końca. Dziuk sugeruje za Lagerkvistem, że jego przeznaczeniem było przejście przez Golgotę niewiary. "Póki żyję, o Panie, daj mi wątpienie, a czystą wiarę, gdy umrę". "Golgota niewiary" Łukasz Drewniak Dziennik nr 196 - Kultura 22-08-2008